Zmiana zasad przekraczania granic UK

Od 1 października zmieniają się zasady przekraczania granic Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej przez obywateli Unii Europejskiej, w tym także Polski.

Kto może użyć dowodu osobistego?

Jak informuje Home Office, od dziś na podstawie dowodu osobistego mogą wjeżdżać na Wyspy tylko ci Polacy, którzy posiadają status osoby osiedlonej lub tymczasowo osiedlonej (settled / pre-settled status). Ponieważ SS/PSS jest przypisany nie do imienia i nazwiska danej osoby, a do konkretnego dokumentu, należy przekraczać granicę na podstawie tego dokumentu, którego użyliśmy do rejestracji w systemie. To oznacza, że jeśli odnawiamy dowód po wygaśnięciu albo np. zagubieniu starego, na stronach Home Office musimy zaktualizować numer dokumentu.

Dowodu osobistego mogą też używać osoby, które aplikowały o SS/PSS używając właśnie dowodu, ale nadal czekają na decyzję, a także ci obywatele Unii Europejskiej, którzy wjeżdżają do UK na podstawie wizy rodzinnej (family permit).

Wyjątkiem jest wyjazd z Wielkiej Brytanii, który zazwyczaj będzie możliwy na podstawie dowodu osobistego, ale by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, zawsze warto to sprawdzić z naszym przewoźnikiem.

Kto wjedzie na podstawie paszportu?

Od 1 października Polacy wjeżdżający do Wielkiej Brytanii i nie mieszkający na Wyspach muszą okazywać paszporty. Paszportem mogą posługiwać się również posiadacze SS/PSS, o ile zarejestrowali go w systemie Home Office’u. Dane swojej rejestracji można sprawdzić i zaktualizować tutaj.

O czym jeszcze warto pamiętać?

Niektórzy wjeżdżający muszą mieć wizę (warto to sprawdzić tutaj). Inne zasady wjazdu obowiązują podróżujących z Irlandii, Jersey, Guernsey i Isle of Man. Szczegóły można znaleźć na stronie gov.uk.

Jeśli przekraczamy granicę z dziećmi, warto mieć ze sobą dodatkowe dokumenty, np. akt urodzenia czy list upoważniający do opieki nad nieletnimi. To szczególnie ważne, jeśli dziecko ma inne nazwisko niż rodzic albo podróżuje z dziadkami lub innymi krewnymi.

Jak zawsze przy podróży zagranicznej należy upewnić się, że dokument podróży jest ważny na cały czas wyjazdu i nie uległ zniszczeniu. Wszystkie informacje można znaleźć na brytyjskich stronach rządowych.

Chciałabym wierzyć, że jesteśmy ważni

Joanna Gos: Zacznę od pytania, którego nikt nie nie lubi na rozmowach o pracę – kim jesteś?

Małgorzata Hallewell: Występuję tutaj jako współzałożycielka inicjatywy “Polonia Głosuje”, która powstała w 2019 roku w celu zachęcenia Polaków mieszkających w UK do udziału w wyborach w Polsce. 

Czym zajmuje się kampania, w której obecnie bierzesz udział? 

Przede wszystkim przedstawia podstawowe wiadomości. Nie reklamujemy żadnej z opcji politycznych, nie wskazujemy, na kogo głosować, ale pokazujemy jak, gdzie i dlaczego warto to robić. Najpierw była informacja, że jako obywatele Unii Europejskiej możemy brać udział w tych wyborach, a okazuje się że mnóstwo z nas nie zdawało sobie z tego sprawy. Kolejną sprawą był sposób rejestracji i to, gdzie można sprawdzić, na kogo w danym miejscu zamieszkania się głosuje. Przedstawiamy kogo wybieramy, czyli burmistrzów, komisarzy, radnych samorządowych, z podziałem na regiony, czyli na przykład w Walii członków parlamentu walijskiego a w Szkocji członków parlamentu szkockiego, więc też jest to spora różnica, w porównaniu do tego, co się dzieje w Londynie. Te wszystkie dane są przedstawione w czytelnym formacie, w języku polskim, żeby zainteresować kwestią głosowania i przekazać najważniejsze informacje. 

Głosujesz? 

Tak głosuję, zawsze i wszędzie. To jedna z lekcji, jakie wyniosłam z domu. Od czasu kiedy można było w Polsce głosować w demokratycznych wyborach, jak pamiętam. W pierwszych wyborach oczywiście nie mogłam brać udziału, ale byłam z rodzicami którzy zawsze mi wpajali że głosować należy, bo nie jest to prawo dane raz na zawsze i powinno się z niego korzystać.

A od kiedy głosujesz tutaj w Anglii? 

Podejrzewam, że nie od samego początku, ponieważ przez pierwsze parę lat byłam w Anglii tymczasowo, ciągle planowałam powrót do Polski, natomiast od momentu kiedy zdecydowałam się że tutaj jest mój dom, czyli od ponad 10 lat, biorę udział w wyborach. 

Skąd pomysł na kampanię w 2021?

Dlatego, że po pierwsze jako Polonia Głosuje mamy już jakieś doświadczenie w zachęcaniu ludzi do udziału w polskich wyborach, więc zupełnie naturalną sprawą było przejście do zachęcania Polonii brytyjskiej do udziału w wyborach lokalnych, ponieważ mamy prawo do głosowania, a nie wiemy, czy to prawo się utrzyma. Wydaje mi się, że również po Brexicie nabrało to dodatkowego znaczenia, żeby pokazać się, policzyć i przypomnieć tutaj rządzącym, że jesteśmy aktywną częścią społeczeństwa. 

Jak właściwie Brexit zmienił sytuację?

Podejrzewam, że jest dosyć indywidualna sprawa, ale Brexit wymusił działania, o których wcześniej nie wydawało się, że będą konieczne, na przykład proces rejestracji pobytu, dla wielu osób to oznaczało ubieganie się o podwójne obywatelstwo, więc w dużym stopniu Brexit naruszył nasze poczucie bezpieczeństwa. 

Z drugiej strony pokazał też, że pewne decyzje dotyczące naszego bytu, naszego życia, zostały podjęte ponad naszymi głowami. I dotyczy to zarówno emigrantów z Unii Europejskiej, mieszkających w Wielkiej Brytanii, jak również emigrantów brytyjskich mieszkających w Europie, których duża część nie mogła brać udziału w referendum. 

Jesteśmy jednak tą grupą, w którą Brexit uderzy najbardziej dotkliwie, więc wydaje mi się, że jest to dodatkowy powód, dla którego powinniśmy się pokazać jako aktywni wyborcy. I w wyborach lokalnych możemy to zrobić.

Termin do rejestracji do udziału w tych najbliższych już minął. Czy można jeszcze się głosować zarejestrować do głosowania korespondencyjnego?

Nie, termin minął 19 kwietnia, ale nadal warto dopisywać się do spisu wyborców, bo pomijając zmianę adresu, będziemy tam dodani na stałe, co oznacza nie tylko brak konieczności pamiętania o pilnej rejestracji przed kolejnymi wyborami, ale też na przykład poprawia nieco nasz credit score. 

Może wytłumaczysz naszym czytelnikom, jak głosować?

To nie jest taka prosta sprawa, z tego względu, że w zależności od tego, gdzie się mieszka, głosuje się na różnych urzędników na różnych szczeblach. Mogę wytłumaczyć, jak to wygląda w Londynie, ponieważ w Londynie jestem. 

Po zarejestrowaniu się otrzymujemy kartę, która potwierdza nasze prawo głosu – po jakimś czasie powinna się pojawić w skrzynce koperta zawierająca karty do głosowania. Niektórzy już te koperty otrzymali, inni czekają. W Londynie wybieramy członków Rady Miasta czyli London Assembly, otrzymujemy również kartę do głosowania na burmistrza Londynu. Na tej drugiej  zaznaczamy dwie kandydatury, czyli że tak powiem burmistrza pierwszego wyboru, i burmistrza drugiego wyboru, stawiając krzyżyk w określonym miejscu. 

Przygotowując się do wyborów, możemy przeprowadzić małe małe dochodzenie, kto kim jest i co ma w swoim programie wyborczym. Bardzo do tego wszystkich zachęcam, bo może się okazać, że znajdziemy konkretne postulaty, które odnoszą się do naszej sytuacji, i to na pewno ułatwi wybór.

Czego jeszcze nauczyłaś się w trakcie tej ostatniej kampanii? Skoro głosujesz od 10 lat, to wiesz pewnie sporo, ale zgaduję że przynajmniej kilka rzeczy było nowością. 

Tak, nowością był na przykład wybór Komisarza do spraw policji i przestępczości. Jakoś nigdy na to nie zwracałam uwagi, a okazuje się, że jednak jest to funkcja dosyć istotna, ponieważ komisarze zajmują się nadzorem i przygotowaniem planu głównych działań strategicznych policji, budżetu policji i tak dalej. No i w zasadzie odpowiadają przed wyborcami, jest to zupełna nowość. Nie dzieje się tak w Londynie, który jest jedynym miastem gdzie taki komisarz jest nominowany przez mera Londynu, a nie wybierany. Natomiast w pozostałych okręgach jest to jednak wybór bezpośredni wyborców. 

Dodatkowo okazuje się, że tegoroczne wybory (nie zwracałam na to uwagi wcześniej więc nie wiem czy jest to regularna sprawa, czy czy wyjątkowo spowodowana przez COVID) do różnych gmin i samorządów w jednych miejscach odbywają się wybory pełnego składu, w innych miejscach połowy składu, a jeszcze gdzie indziej będzie wybierana jedna trzecia. W Londynie będziemy wybierać przedstawicieli do samorządów dzielnicowych w przyszłym roku. Także dla nas te wybory lokalne niejako rozłożone na dwa lata: w tym roku  miasta i burmistrz i komisarz, w przyszłym roku samorządy lokalne. 

Polonia w Londynie to podobno 1,8% elektoratu. Jak myślisz, jesteśmy w tych wyborach ważni?

Oczywiście chciałabym wierzyć, że jesteśmy ważni. Nie wiem, jak się rozłożą głosy decydujące o wyborze burmistrza miasta, natomiast w przypadku drugiej tury można podejrzewać, że jeżeli obydwaj kandydaci będą dosyć blisko siebie, to głos Polaków wskazujących jednego czy drugiego kandydata może o zwycięstwie takie osoby przeważyć. 

Czy coś chciałabyś dodać coś jeszcze od siebie?

Tak jak już mówiłam na wstępie, myślę że jest bardzo ważne, żeby w tym momencie pokazać, że jesteśmy. Że jesteśmy aktywnymi wyborcami, wyborcami z którymi się powinno liczyć, bo jesteśmy jedną z większych mniejszości a pewno największą mniejszością europejską w Wielkiej Brytanii i musimy o sobie przypominać. 

Dlaczego warto głosować? Ponieważ wpisujemy się w rejestr wyborców, to ma dodatkowe benefity, jak na przykład poprawę naszego rankingu kredytowego, co przekłada się na możliwość chociaż brania dogodniejszych kredytów bankowych, na zakup samochodu, mieszkania czy czegokolwiek innego. Poza tym myślę, że dla nas samych ważne jest to, żebyśmy się policzyli, żeby było wiadomo ilu jest aktywnych wyborców pochodzenia polskiego i w ten sposób możemy poczuć jakąś moc sprawczą, i być może angażować się więcej w to, co się tutaj dzieje. 

Jeszcze raz zachęcam wszystkich, aby poszukali informacji o kandydatach, kto kandyduje, co proponuje. I żeby dokonywali świadomych wyborów, mądrych wyborów, bo Mer Londynu czy władze rady miasta mają wpływ na wiele rzeczy które się dzieją tutaj lokalnie. Zresztą dotyczy to każdego szczebla samorządów lokalnych w całym kraju, nie tylko w Londynie, i to są rzeczy które jeżeli wybierzemy mądrze, jeżeli jeżeli wybierzemy na podstawie faktycznych informacji, może się przełożyć na polepszenie sytuacji w naszej lokalnej społeczności, może się okazać, że pod wpływem wyborców plac zabaw nie zamieni się na przykład parking samochodowy, a parking samochodowy nie zamieni się w kolejny biurowiec i tak dalej. Tutaj ludzie mają różne priorytety, dlatego bardzo ważne jest to sprawdzić, poświęcić parę minut na to, żeby głosować świadomie i na podstawie informacji programów wyborczych.

Jesteśmy siłą, możemy coś zmienić

Joanna Gos: Podobno większość ludzi przez większość życia w ogóle nie ma doświadczenia demokracji. Jak to wygląda u Ciebie?

Ana Oppenheim: Przede wszystkim dla mnie demokracja zawsze była bardzo ważna, choć wiadomo, że ludzie generalnie mają małe zaufanie do polityki, pewnie trochę przez naszą historię. Dużo ludzi myśli, że udział w wyborach nic nie zmienia, a potem każdy na polityków narzeka. Ja zawsze uważałam, że skoro mamy opinie, skoro wolimy jednych od drugich, albo nawet nie lubimy żadnej z większych partii, ale chcemy pokazać, że chcemy zmiany, to uczestnictwo w wyborach czy bardziej ogólnie uczestnictwo w demokracji, w życiu publicznym, to jest to, w co powinniśmy się angażować. 

Kiedy mieszkałam w Polsce, nie miałam jeszcze osiemnastu lat, nie mogłam głosować, ale jak przyjechałam do Wielkiej Brytanii, na początku głosowałam tylko w wyborach w Polsce, później zorientowałam się, że mogę także głosować w wyborach lokalnych w Wielkiej Brytanii i zaczęłam to robić, bo w sumie teraz polityka brytyjska ma na moje życie większy wpływ niż polska, więc myślę po prostu, że ma to sens.

Myślę, że ważne jest też, żeby grupy imigrantów się angażowały politycznie. Jesteśmy grupą często marginalizowaną, często zapomnianą, też przez to że część migrantów nie ma prawa głosu w ogóle, a nawet jeśli mają, niekoniecznie o tym wiedzą, czy niekoniecznie śledzą politykę kraju, w którym się znaleźli, i dlatego jest bardzo łatwo nasze głosy ignorować. Ale im bardziej się zorganizujemy, tym bardziej możemy pokazać, że jesteśmy siłą, że możemy coś zmienić. 

Jak wyglądał do tej pory twój udział w wyborach lokalnych tu, w Wielkiej Brytanii – głosowałaś, brałaś udział w kampaniach? 

Kilka razy głosowałam – za każdym razem, kiedy wiedziałam, że mam prawo głosu, głosowałam. W 2016 brałam udział w kampanii Sadiqa Khana. To był pierwszy raz, kiedy poszłam pukać do drzwi i właśnie wtedy szczególnie mi się podobało, kiedy otwierał ktoś z obcym akcentem, często nawet nie wiedząc, że może głosować. Wtedy tłumaczyłam, dlaczego moim zdaniem jest to ważne, żeby wyjść w dniu wyborów i oddać głos. W tym roku też oczywiście też wezmę udział, choć przez pandemię trochę się boję i będę głosować pocztowo. 

Czy poza pukaniem do drzwi, które u nas jest chyba jednak rzadkością, jakie są jeszcze podobieństwa albo różnice między polską kampanią wyborczą a tutejszą?

Myślę, że tutaj kampanie są często bardziej oddolne. Więc oczywiście jest pukanie do drzwi, są różne eventy, ludzie rozdają ulotki. Jest większe działanie ludzi, którzy niekoniecznie pracują dla partii czy są członkami partii, ale mają możliwość zaangażowania się – to jest spora różnica. Jest więcej osób, które są członkami partii, co jeszcze w Polsce jest rzadkością, jeśli ktoś nie planuję kariery politycznej.

Tu się jednak więcej niż w Polsce mówi o prawach czy głosach imigrantów. Podoba mi się, jak na Facebooku dostaję reklamy od różnych partii przetłumaczone na polski, bo wtedy właśnie widać, że jednak myślą, że jednak tutaj jest nas sporo i już możemy coś zmienić. 

A czy jeżeli chodzi o ten cały proces wyborczy zza kulis możesz coś jeszcze ciekawego opowiedzieć Nie wiem na przykład na temat liczenia głosów czy ogłaszania wyników czy tych ołówków które nam Polakom się w głowie nie mieszczą 

Wydaje mi się, że tutaj podejście do wyborów jest inne. Na przykład m byłam zdziwiona, jak nie musiałam pokazać dowodu osobistego, tylko podeszłam, mieli mnie na liście – zaznaczam krzyżyk ołówkiem i nic poza tym. Byłam też zdziwiona jak szybko wszystko idzie, bo jak głosuje w Polsce, do ambasady stoją kolejki, a tutaj się po prostu podchodzi, tylko nazwisko, ołówek i gotowe. Często w miejscu bardzo lokalnym. 

Oczywiście wybory powszechne wyglądają inaczej niż w Polsce. Jest noc wyborcza – w zeszłym roku całą noc oglądałam jak ogłaszają jedno miejsce po drugim. To jest jednak bardziej bardziej rozrywka telewizyjna niż w Polsce, kiedy jest po prostu jeden wynik i widzisz od razu, kto wygrał. Ogólnie więcej ludzi głosuje, niż w Polsce, jest trochę większy entuzjazm i trochę więcej wiary, że wybory mogą coś zmienić. Jest też dużo ludzi, którzy uważają, że to nie ma sensu, ale jednak widzę więcej cynizmu w Polsce niż w Wielkiej Brytanii. 

Widzisz różnicę w nastawieniu wobec wyborów lokalnych i tych ogólnokrajowych? 

Tak, oczywiście. Jeśli chodzi o zainteresowanie medialne, to wybory ogólnokrajowe generują go więcej, myślę, że większość ludzi głosuje na te same partie w wyborach krajowych i lokalnych. Jeśli chodzi o wybory lokalne, to mało kto dokładnie śledzi, kto tam lokalnie rządzi i bardziej o to chodzi, do jakiej partii ma się zaufanie, chyba, że ktoś ma jakieś bezpośrednie doświadczenie z własnym samorządem lokalnym. Wtedy często się głosuję na drugą partię, żeby pokazać, że coś, co się dzieje, się nie podoba. Myślę, że wybory powszechne opierają się na konkretnej kampanii, konkretnych postulatach i konkretnych osobowościach, a wybory lokalne często prostu na zaufaniu do partii. 

Jak zachęciłabyś Polki i Polaków do udziału w brytyjskiej polityce, w tych wyborach i nie tylko?

Po pierwsze trzeba mówić wszystkim bardzo głośno, że mamy głos. Nie wiem dokładnie jak długo będziemy go mieć po wyjściu z Unii Europejskiej. Często ludzie mają wrażenie, że mają niewielki wpływ na to, co się dzieje w polityce, myślą, że dzieje się to niezależnie od nas. Myślę, że jest bardzo złe podejście. Głosowanie to jest czas, kiedy możemy pokazać, ilu nas jest, że nie każdy z nas jest jedną zapomnianą jednostką wśród wielu innych jednostek, ale że głosowanie “gangiem” (grupą) to jest znaczący procent, który może zmienić wyniki wyborów. Zawsze zachęcam ludzi nie tylko głosowania raz na kilka lat, ale też do udziału w życiu publicznym, w wydarzeniach, w protestach jeśli są jakieś ważne sprawy na temat których warto zabrać głos.  Zachęcam do pisania to mediów czy swoich przedstawicieli w parlamencie, w samorządzie lokalnym, zgłaszania, jakie są sprawy. Czasem ci przedstawiciele nawet nie zdają sobie sprawy, jakie bariery napotykają imigranci, związane z dyskryminacją, z rasizmem, czy z naszym statusem po wyjściu z Unii Europejskiej. Często nawet o tym nie myślą, dlatego że są przyzwyczajeni do tego że do nich piszą ludzie z Wielkiej Brytanii, a nie imigranci. 

Wspomniałaś nierówności społeczne – czy uważasz że polityka, zwłaszcza w Polsce, ale także tutaj, jest jednak bardzo męską domeną? 

Myślę, że jest dużo lepiej niż w Polsce pod tym względem, ludzie są przyzwyczajeni do widzenia kobiet u władzy. Nie wiem, jak to się rozkłada w samorządach lokalnych, wiadomo że na samym szczycie, jeśli chodzi o liderów partii, premierów i tak dalej, przeważają mężczyźni, ale jeśli chodzi o merów, burmistrzów, też jest większość mężczyzn, choć to się chyba stopniowo zmienia. Coraz więcej widzimy kobiet, widzimy też młodsze kobiety, co jest zawsze miłym zaskoczeniem. Mało widzimy jeszcze osób z pochodzeniem imigranckim, które startują w wyborach, ale na szczęście też są takie osoby, które mówiąc z obcym akcentem, czują się członkami i członkiniami brytyjskiego społeczeństwa. 

Wiesz, kto kandyduje u Ciebie lokalnie? 

Powiem otwarcie, że z nazwiska nie pamiętam. Jeśli chodzi o Londyn, to jest Sadiq Khan oczywiście, ale kandydatów w gminie Hackney jeszcze nie znam. Wiadomo, że będzie to coś, co sprawdzę przed wyborami. 

Pewnie widziałaś plakaty, ulotki i inne materiały wyborcze. Jaka jest proporcja kobiet, migrantów, mniejszości etnicznych?

Gdybym miała zgadywać, powiedziałam że kobiet jest około 40%. Może jeszcze nie połowa, ale zbliżamy się do połowy. Jeśli chodzi o osoby nie białe, na pewno jest to mniej niż jest ogólnie w Londynie. Wiadomo, że Londyn jest bardzo różnorodny, moja dzielnica jest bardzo różnorodna, ale myślę, że osoby z pochodzeniem imigranckim są najgorzej reprezentowane właśnie przez to, że osoby przyjezdne często nie angażują się w politykę brytyjską, uważają, że jest coś co ich nie dotyczy albo że nie mają prawa się angażować, to nie ich sprawa. To jest coś, co w naszym społeczeństwie musi się powoli zacząć zmieniać. 

Będzie kiedyś taki moment, że polscy politycy tu w Wielkiej Brytanii będą liczącą się siłą?

Optymistycznie powiem, że tak. Jest nas tu milion czy więcej nawet, ludzie zakładają rodziny osiedlają się tutaj. Gdy w kampanii pukałam do drzwi, często były osoby z polskim nazwiskiem, które mają prawo głosu nawet w wyborach powszechnych, bo wyrobiły sobie brytyjskie obywatelstwo, ich dzieci też będą mogły głosować. No mamy nawet parlamentarzystów polskiego pochodzenia – Rosena Allin-Khan chwali się swoją polską mamą, która była w zespole “Filipinki”. Myślę, że w następnych pokoleniach będzie coraz więcej osób z polskim pochodzeniem i polskie nazwiska będzie można znaleźć w brytyjskiej w polityce.  

Gdybyś zobaczyła polskie nazwisko na karcie wyborczej to zagłosowałabyś tylko dlatego, że to Polak czy Polka? 

Nie automatycznie, ale na pewno sprawdziłabym, kim jest ta osoba i co ma do powiedzenia w kwestiach, które mnie interesują, w tym w kwestiach praw migrantów. 

Będziesz kiedyś kandydować? 

Nie powiem że nigdy. To nie jest coś, co mam w najbliższych planach, ale niewykluczone, że kiedyś tak się zdarzy, że się zaangażuję lokalnie i że będę chciała startować. 

Co powiedziałabyś Polakom którzy wahają się, czy się zaangażować? Jak byś zachęciła do udziału w szeroko rozumianej polityce? 

Powiedziałabym “poczytajcie, zorientujcie się, co się dzieje lokalnie, i przede wszystkim nie dajcie sobie zapomnieć”. Niestety tak jest, że często politycy wykorzystują nastroje antyimigranckie do swoich kampanii. Im więcej migrantów się mobilizuje, żeby głosować, tym bardziej pokazujemy przeciwwagę, że właśnie kampanie proimigranckie też mogą zdobyć głosy i też mogą wygrać. Im bardziej w polityce się z nami liczą, tym lepiej dla wszystkich migrantów – tych, co głosują, i tych, którzy tego nie robią. 

Testing, testing…

Powoli wychodzimy z covidowego kryzysu. Nareszcie możemy spotkać się ze znajomymi w pubie czy restauracji, choćby to było tylko na zewnątrz 🙂 Nadal jednak musimy pozostać czujni. Pamiętajmy, że statystycznie około 1 na 3 osoby z Covid-19 nie ma żadnych objawów, dlatego tak ważne jest wykonywanie regularnych testów.

Bezpłatne szybkie testy są dostępne dla wszystkich w Anglii. Testy te pokazują wyniki w mniej niż 30 minut, a robiąc je, możemy zrobić „kolejny krok bezpiecznie” poprzez ochronę naszych bliskich, klientów, współpracowników i przyjaciół, podczas gdy nadal ostrożnie łagodzimy ograniczenia.

Zachęcamy do zapoznania się z krótkim materiałem video na ten temat i do… testowania się!

Demokracja w miniaturze

Rozmowa z Kubą Stawiskim, działaczem brytyjskiej Partii Pracy

Joanna Gos: Od kiedy jesteś w Wielkiej Brytanii? 

Kuba Stawiski: To dość skomplikowane. Jestem tu od 2010 roku, ale mieszkałem tu też jako dziecko. Wróciłem na studia i jestem już teraz prawie jedenaście lat. Jestem wciąż polskim obywatelem, ale mieszkam na stałe w Londynie. 

A od jakiego czasu działasz w polityce? 

To też dłuższa historia. Jeszcze w Polsce się angażowałem, dawno temu, pierwszy raz w 2007 roku, kiedy miałem chyba 17 lat. To była kampania krakowskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej do parlamentu. Kiedy się przeprowadziłem do Wielkiej Brytanii, w 2014 roku zostałem członkiem Partii Pracy i pierwsze wybory, w których brałem udział w kampanii, to wybory do Parlamentu w 2015.  

Czy wybory lokalne są ważne dla nas, Polaków? 

Wybory lokalne, tak jak wszelkie wybory samorządowe, są bardzo ważne dla ludzi, ze względu na bliskość tego, co się decyduje. To znaczy jak rada miasta czy rada gminy wydaje pieniądze, gdzie gdzie naprawić drogi, czy będą budowane mieszkania socjalne. Samorządy w Wielkiej Brytanii mają dosyć szerokie uprawnienia, jeżeli chodzi o na przykład priorytety działań policji. W Londynie i innych dużych ośrodkach miasta dofinansowują policję więc mają też wpływ na to, na jakich sprawach skupiają się służby mundurowe. Rady miasta też fundują szkoły i zajęcia dla dla dzieci – więc to są sprawy bardzo bliskie życiu.

Podam przykład mojej mojej gminy, która teraz skupia się na tym, żeby ograniczyć zanieczyszczenie powietrza. Mieszkam bardzo blisko centrum Londynu i mamy dosyć wysokie zanieczyszczenie. Rada gminy, którą będziemy wybierać w przyszłym roku (bo głosujemy na merostwo londyńskie w 2021, a na rady gminy w 2022) ma taki priorytet, bo po prostu dużo dzieci choruje na choroby płuc i trzeba ograniczyć ruch samochodowy w gminie – więc to będzie miało duży wpływ na życie dzieci i dorosłych mieszkańców, żeby ten ruch samochodowy ograniczać, żeby polecać tutaj transport publiczny czy też wytyczać ścieżki rowerowe i piesze. Bo to jest zaludniona, ale niewielka gmina, jest może 5 km z jednego końca na drugi, więc można nawet chodzić, tylko przez ten zagęszczony ruch samochodowy jest po prostu ciężko. Mamy też sprawę bibliotek, które mają problem w trakcie pandemii, bo są zamknięte więc nie mają żadnych źródeł dochodu i trzeba je będzie w jakiś sposób utrzymać, co też ma wpływ na edukację. Więc te wybory będą miały wpływ na wszystkie takie takie powiedzmy że pozornie drobne kwestie, które mają rzeczywisty wpływ na nasze codzienne życie. 

Gdyby przeciętny Polak w dowolnym miejscu w Wielkiej Brytanii chciał się dowiedzieć, jaki jest program partii, na którą rozważa głosowanie, gdzie może go szukać? 

Po polsku może być ciężko. Staramy się, ale w zależności od partii jest to robione różnie. Jako Partia Pracy, przynajmniej w naszej lokalnej gminie, tłumaczymy materiały wyborcze na języki tutaj dominujące. To znaczy wszystko jest po angielsku, ale też np. w naszej gminie na przykład prawie 40% rezydentów mówi językiem bengalskim. Wiem, że niektóre grupy lokalne, w zależności od tego, gdzie jakie wybory się odbywają, tłumaczą swoje programy na język polski w miejscach, gdzie Polaków jest więcej. Najważniejsze materiały są też tłumaczone na główną stronę internetową Partii Pracy czy Partii Konserwatywnej, wystarczy po prostu poszukać. 

Możemy się z grubsza orientować, na czym polega praca prezydenta miasta czy rady miasta, ale taki Police and Crime Commissioner? 

Komisarz do spraw policji i przestępczości to jest dosyć ciekawa funkcja, bo to znaczy, że jest komisarz policji, który ma mandat ze strony mieszkańców i przez to może doradzać lokalnej policji z perspektywy tego, co wyborcy w danym okręgu uważają za priorytet. To znaczy jeżeli na przykład problemem w jakimś miejscu są ataki nożowników, to demokratycznie wybrany polityczny komisarz może powiedzieć policji “Słuchajcie, moi mieszkańcy uważają to za największy problem dla ich osobistego bezpieczeństwa więc ja proponuję, żeby zamiast skupiać się na innych priorytetach, policja skoncentrowała się na walce z atakami nożowników.” I w ten i we współpracy z policją, nie narzucając siłą, ale w dialogu, dowódcy ustalają priorytety działań.

Dlatego też komisarze mają swoje manifesty wyborcze i dlatego mówią przed wyborami, co oni uważają za najważniejsze aspekty bezpieczeństwa w na danym obszarze – żeby wyborcy mogli stwierdzić “Zgadzam się, też tak to widzę, to są rzeczywiste problemy tutaj, dlatego zagłosuję na tę osobę i ona będzie miała wpływ na to, żeby policja działała w tych w tych sprawach”. Oni to ustalają przez konsultacje z mieszkańcami i potem, jeżeli są wybrani, prowadzą dialog z policją. 

A jeżeli ktoś do tej pory nie interesował się polityką, czy jesteś w stanie zasugerować, którą partię w ogóle oglądać? 

Przy wyborach lokalnych to dość skomplikowana sprawa, ale można dosyć szablonowo powiedzieć, że partia konserwatywna dąży do tego, żeby podatki lokalne były niskie, ale w zamian za to służby publiczne w obszarach zarządzanych przez Partię Konserwatywną nie będą na tym samym poziomie, dlatego że mają mniejsze budżety. Natomiast rady gminy prowadzone przez Partię Pracy mają zazwyczaj wyższy standard służb publicznych, czy to wywóz śmieci, policja, czy szkoły, ale w zamian za to są wyższe podatki lokalne. Jeżeli ktoś, kto tu mieszka i chciałby się rozejrzeć za priorytetami poszczególnych partii, warto właśnie zastanowić się, co uważa się za ważniejsze dla siebie i dla swojej rodziny – czy np. szkoły, czy wysokość podatków lokalnych.

Zawsze są też opcje kompromisowe, jak Liberalni Demokraci, którzy zwykle swoją gdzieś pośrodku, czy na przykład Zieloni, którzy tak, jak Partia Pracy starają się zwiększyć wydatki na miejskie czy wiejskie służby, ale też mają swoje priorytety jeżeli chodzi o zazielenianie i starają się nie budować tak wiele mieszkalnictwa, a z kolei Partia Pracy na przykład bardzo często wydaje więcej pozwoleń na budowę, żeby obniżyć ceny mieszkań, które są dosyć wysokie Wielkiej Brytanii. 

A gdybyś miał zachęcić Polaków do rejestracji i do do pójścia do głosowania co byś powiedział?

Powiedziałbym, że wybory lokalne są ważne dlatego, że właśnie dotyczą spraw codziennych i tych, które rzeczywiście dotykają życie ludzi i ich rodzin, bo chodzi o szkoły, biblioteki, drogi, ścieżki rowerowe i tereny zielone. Zachęcam dlatego, że dobrze jest poczuć, że masz  wpływ na to, co dzieje się w Twoim najbliższym otoczeniu. 

W ramach walki z pandemią zostało zapowiedziane, że mamy przynieść własne ołówki do lokali albo rejestrować się, by  głosować korespondencyjnie. Jak to pogodzić z wrodzoną nieufnością Polaków? 

Często rozmawiam z imigrantami, także w ramach kampanii Partii Pracy, i często namawiam właśnie do głosowania korespondencyjnego. Dlatego, że głosowanie korespondencyjne jest tutaj najbezpieczniejszą formą głosowania w trakcie trwania pandemii, jest też formą głosowania, która jest absolutnie pewna i bezpieczna i nic się złego nie dzieje. Nie jest to najciekawsze zajęcie, ale miałem przyjemność obserwować, jak otwierane są urny do głosowania korespondencyjnego. One są przewożone ze skrzynek pocztowych, są po pierwsze sortowane i w bezpiecznych, zamkniętych i nieprzezroczystych (w przeciwieństwie do polskich) urnach zamykane na cztery spusty.

Te skrzynie są przewożone do hali, gdzie będą liczone, i dopiero kiedy wszystkie urny, również z dnia głosowania, zostaną dostarczone, wtedy przy obecności obserwatorów wszystkich partii politycznych są wysypywane i mieszane z głosami osobistymi z dnia wyborów, żeby nie było żadnego rozróżnienia. One wyglądają dokładnie tak samo i po wymieszaniu wszystkie głosy są liczone w tym samym czasie. W dużej hali ludzie zatrudnieni w radzie gminy liczą głosy, są też obserwatorzy z wszystkich partii politycznych, a jeżeli ktoś się zarejestruje parę dni wcześniej, może przyglądać się wszystkiemu jako mieszkaniec. Tych obserwatorów jest zawsze więcej niż osób liczących głosy, wszyscy się przyglądają każdemu głosowi, jak on jest liczony, to naprawdę jest bardzo bezpieczny proces. Głosy są liczone ręcznie, nie przez komputer, dlatego są ołówki – żeby nie przebijały się przez kartę i żeby nie odbiły na innych kartach do głosowania. 

W Wielkiej Brytanii jest taka zasada, że nie tylko to co jest krzyżykiem zaznaczone w na karcie może być policzone jako głos. Jeżeli coś nie jest krzyżykiem czy tikiem, to nawet jeżeli kropkę ktoś namaluje to wtedy obserwatorzy w trakcie liczenia głosów wnoszą jakby protest wyborczy i wnoszą o to, żeby ten głos był policzony – i zwykle jest uznany, bo zasada jest taka że musi być po prostu wskazana preferencja. Słynne są anegdoty o tym, co ludzie rysowali w tych kratkach i co potem agenci uważali za  wskazaną preferencję. Jakby ktoś wykreślił wszystkie nazwiska poza jednym i napisał w kratkach, że zła osoba, zła osoba, zła osoba i tylko jednej nie napisał “zła osoba” i wtedy jest logiczne, że wskazał preferencję.

Jakie są historyczne najmniejsze różnice głosów, jaką ktoś wygrał?

Mogę o tym opowiedzieć z własnego doświadczenia. Tutaj radni są wybierani w gminie w takich pomniejszych okręgach (wards), które dosłownie obejmują jedno osiedle, i z tego jednego osiedla jest wybieranych jeden czy dwóch radnych. W sąsiednim mini okręgu, o którym chcę opowiedzieć, było w ostatnich wyborach wybieranych dwóch radnych. Pierwszy kandydat zdobył 883 głosy, a drugi i trzeci odpowiednio 760 i 758. I wszyscy agenci kłócili się o to, czy któryś głos jest ważny, czy nie, bo ta decyzja bezpośrednio wpływała na to, kto wygrał drugi mandat dosłownie pojedynczym głosem. To pokazuje, jak w wyborach lokalnych pojedyncze osoby mogą zadecydować o tym kto jest radnym z okręgu i jakie są wyniki w całości. A ja jeszcze raz zachęcam do udziału w tej demokracji w miniaturze. 

Trzeba myśleć o przyszłości

Joanna Gos: Jak to się stało, że zaangażowałeś się w wybory w Wielkiej Brytanii? 

Sławomir Adam Fejfer: Polityką się zawsze interesowałem, jeszcze w czasie pobytu w Polsce. Potem wyemigrowałem do Wielkiej Brytanii, przez pewien czas nie mogłem znaleźć miejsca dla siebie, nie byłem pewien, po jakiej stronie politycznej stałem. Biorąc pod uwagę scenę polityczną w Polsce i Wielkiej Brytanii, to są dwa różne światy, chociaż można znaleźć podobieństwa. W którymś momencie po prostu postanowiłem dołączyć do dużej, ogólnokrajowej partii i to mnie wciągnęło. Zacząłem pomagać, zacząłem kandydować. W tym roku będę trzeci raz kandydował w wyborach lokalnych. 

Powiedziałeś o dużej partii – zdradzisz, której?

Jestem członkiem Liberalnych Demokratów, z różnych względów. Nie tylko dlatego, że jest bardzo proeuropejska, ale także po prostu podoba mi się jej pomysł na gospodarkę, na życie społeczne, a także duże skupienie na edukacji. Akurat uważam że edukacja jest bardzo, bardzo ważna. Bo trzeba myśleć o przyszłości, a nie tylko skupiać się na przeszłości. 

Będziesz kandydował; jaka właściwie kryje się za tym praca? 

Cztery lata temu to wyglądało zupełnie inaczej, bo mieliśmy możliwość bezpośrednio pukać do drzwi, rozmawiać z ludźmi, wysyłać do nich ulotki… No niestety, na obecną chwilę jest bardzo wiele ograniczeń i zakazów. Nie możemy pukać do drzwi, możemy się tylko kontaktować telefonicznie lub przez internet. Wiadomo, że jako kandydat musisz stworzyć swój profil: co chcesz osiągnąć, jakim typem kandydata jesteś, kim jesteś, kim chcesz być jako radny, co jest twoim celem. To są takie podstawy, które każdy kandydat stara się sobie nakreślić. Ja już od pewnego czasu tutaj na miejscu pracuję, żeby być twarzą lokalnej społeczności. Mam nadzieję że się uda i w maju to da jakieś owoce. 

Mówisz o najbliższej społeczności, a czy są wokół Ciebie Polacy? I czy Twoim zdaniem Polacy angażują się brytyjską politykę?

To jest akurat jedna z naszych bolączek ogólnonarodowych. Jako dosyć liczna mniejszość narodowa zamieszkała na Wyspach, nie wiem dlaczego, ale nie mamy ani ochoty się angażować aktywnie, ani biernie. Ciężko jest przekonać polskich wyborców, że warto iść zagłosować, że wręcz trzeba to zrobić. A już nie mówię o tym, żeby być kandydatem, nawet w takich dużych ośrodkach jak Wolverhampton czy Birmingham. Jeżeli dobrze pamiętam, to w wyborach w 2017 roku było około 27 polskich kandydatów na cały teren Wielkiej Brytanii. Na milion Polaków to jest garstka. 

Jak myślisz, dlaczego się tak dzieje? 

Na pewno to ma duży związek z faktem, że nawet w Polsce duża grupa Polaków nie ma ochoty brać udziału w wyborach, ani się aktywnie angażować. Jesteśmy zniechęceni do polityki, zniesmaczeni. To też jest kwestia tego, że brytyjscy politycy tak naprawdę nawet za bardzo nie widzą w nas potencjalnych wyborców. Brytyjscy kandydaci nie mają pojęcia, co można zaoferować Polonii, bo tej Polonii nie znają, niestety. Według mnie to jest jeden z podstawowych czynników. 

Czy jako polski kandydat oferujesz coś szczególnego Polakom? 

Nie, ale zawsze powtarzam, że chciałbym być radnym w lokalnym władzach, nie tylko reprezentować konkretną dzielnicę (ward), ale także chciałbym też, żeby Polacy wiedzieli, że w razie potrzeby jest Polak, z którym mogą się skontaktować, który albo im pomoże, albo przynajmniej udzieli porady, z kim należy rozmawiać, żeby otrzymać konkretną pomoc. Bo mi się wydaje, że to też jest duży problem: często Polacy, nie tylko zresztą Polacy, mają problem z tym, żeby dotrzeć do osoby, która będzie fachowo potrafiła udzielić odpowiedzi na to, w jaki sposób można coś załatwić, w czymś pomóc. 

Czy dla Polaków przeszkodą jest niewiedza na temat systemu politycznego UK, czy może chodzi o barierę językową? 

Akurat bariera językowa nie jest według mnie dużym problemem. Pójść na wybory to przepraszam, ale każdy głupi potrafi, tak? Pójść, powiedzieć, jak ma na nazwisko, wypełnić kartę, wrzucić głos do urny. Więc raczej właśnie brak znajomości realiów życia politycznego Wielkiej Brytanii to jest według mnie duży problem. Nawet jak rozmawiam czasem z Polakami, to niektórzy nie widzą dużej różnicy pomiędzy powiedzmy laburzystami i konserwatystami, a  liberalnymi demokratami. Zieloni to już jest trochę inna sprawa, bo Zieloni, wiadomo, mają już w nazwie swój główny motor napędowy. Wydaje mi się więc, że to nieznajomość systemu politycznego jest głównym powodem, dla którego Polacy nie chcą się angażować. 

Gdybyś miał wytłumaczyć komuś, kto dopiero przyjechał, na czym mają polegać najbliższe wybory, od czego byś zaczął? 

To będą wybory tylko i wyłącznie do lokalnych władz – gmin, miast czy, nazwijmy to, województw. I to właśnie my jako jako mieszkańcy będziemy mieli prawo decydowania o tym, kto będzie nas reprezentować we władzach lokalnych. Że to władze lokalne tak naprawdę decydują o wielu rzeczach, między innymi jak duże są fundusze na lokalną policję i straż pożarną, kto będzie nam łatać lokalne drogi, walczyć o fundusze dla lokalnych szkół czy nawet zajmować się lokalnymi parkami i terenami zielonymi. Jest wiele takich kwestii, które podlegają pod władze lokalne, nawet takie jak sprawa odśnieżania ulic i chodników. 

Mimo tego, że jesteśmy taką dużą mniejszością, żadna głównych partii jakoś nas sobie nie “zagospodarowała”? Potencjalny milion głosów, a żadne ugrupowanie nie zdecydowało się dodać czegoś dla nas do programu i zawalczyć o ten elektorat. Jak to się stało? Jesteśmy naprawdę aż tak mało ważni? 

Wydaje mi się, że to jest trochę głębsze. My tak naprawdę jesteśmy imigrantami od kilkunastu lat. To jest bardzo krótko, żeby móc zrozumieć mniejszość, która zamieszkuje tereny Wielkiej Brytanii. Do tego obywatele Europy Wschodniej są bardzo specyficzną i hermetyczną grupą.  Nawet jako społeczności nie bardzo mamy ochotę się angażować w wiele lokalnych inicjatyw i brytyjskiemu politykowi jest ciężko tak naprawdę zrozumieć, w jaki sposób może wyciągnąć tego Polaka, Bułgara, Rumuna z domu, by poszli zagłosować. Wydaje mi się, że jest im ciężko dotrzeć do tego wyborcy. 

Zastanawiam się, jak to działa w drugą stronę: czy jako Polak kandydat zabiegasz szczególnie o głosy Polaków, czy bardziej ogółu. 

W tej części Shropshire – Monkmoor, gdzie mieszkam, jest może pięć, sześć polskich rodzin. Oczywiście mam ogromną nadzieję, że ci Polacy pójdą i zagłosują właśnie na Polaka, niezależnie od tego, czy się zgadzają z moim światopoglądem. Mam nadzieję, że mimo wszystko ten motyw narodowościowy odegra dla nich jakąś rolę. Akurat mieszkam w miejscu, gdzie nie ma zbyt wielu Polaków, ale naprawdę chciałbym widzieć to, że brytyjscy politycy, kandydaci na radnych, zaczną dostrzegać polską, rumuńską czy bułgarską mniejszość, i zaczną starać się dotrzeć właśnie do tych grup migrantów z Europy Wschodniej. Ostatnie protesty w Polsce pokazały, że potrafimy być bardzo aktywni w działaniach. Gdyby znalazła się odpowiednia osoba, która by potrafiła mówić nawet dziesięć słów po polsku, mogłaby podbić nasze serce, że tak powiem. Wydaje mi się, że do tego dojdzie. Wydaje mi się, że kampania na burmistrzów, na merów West Midlands czy Manchesteru może być bardzo, bardzo ciekawa, tym bardziej że w Birmingham i  Manchesterze mamy przecież duże polskie społeczności. To byłaby naprawdę wielka, wielka szkoda gdyby te mniejszości zostały pominięte. Pamiętam, że w 2017 roku właśnie a propos wyborów na mera West Midland, było organizowane spotkanie właśnie tylko i wyłącznie dla polskiej mniejszości, gdzie kandydaci różnych partii politycznych mogli się zaprezentować, mogli powiedzieć, dlaczego warto, żeby Polonia głosowała właśnie na te osoby. Ale z tego, co pamiętam, tylko 30% zarejestrowanych Polaków wtedy poszło do wyborów. 

Wspomniałeś, że od wstąpienia Polski do UE minął dość krótki okres. Jak myślisz, ile musi minąć czasu, żebyśmy poczuli się jak u siebie i zaangażowali się w politykę?

Ja na przykład czuję się u siebie, w Anglii jestem w domu. Kiedy jadę do Polski na wakacje to wielu miejsc nie poznaję, nawet z mojego rodzinnego miejsca. I nie to, że nie czuję się tam dobrze, ale po prostu nie czuję się, jak u siebie. To indywidualne podejście każdego, jak ktoś się czuje i jak kto ma zamiar pożyć. Niektórzy Polacy cały czas mówią “jeszcze tylko do końca roku jestem zjeżdżam do Polski”. Ten koniec roku nadchodzi, a oni dalej siedzą i zarabiają.  Podejrzewam że ci, którzy nie zjadą do Polski w ciągu najbliższych pięciu lat, będą mogli  powiedzieć że są u siebie, że czas, by więcej myśleć o swojej lokalnej społeczności, że warto się zainteresować, co się dzieje. 

Czyli myślisz, że w przyszłych wyborach nasz udział powinien być już znacząco większy?

Mam taką nadzieję. 

Czy chcesz dodać jeszcze coś od siebie? 

Warto, żebyśmy zdali sobie sprawę z tego, że lokalni radni są także po to, żeby reprezentować mnie i ciebie w tych władzach, tym bardziej, że wielu z nas to młodzi rodzice, którzy chcą jak najlepiej dla naszych dzieci i chcą żeby ich szkoła była jak najlepsza. To tu możesz pytać kandydatów “co macie zamiar zrobić, żeby moje dziecko miało lepszy plac zabaw, żeby miało lepsze szkoły, lepszy dostęp do edukacji i bezpieczne dojście”. Angielskie drogi wcale nie są takie super bezpieczne, jak niektórzy uważają. Jednym z moich punktów jest to, że mamy tutaj w okolicy taki trochę niebezpieczny mostek, z córką chodzimy nim dwa razy dziennie do szkoły. Żeby coś z tym zrobić, leży właśnie w mocy władz lokalnych, trzeba rozmawiać ze swoim radnym. Zdecydowana większość Polaków na Wyspach nie ma zielonego pojęcia, kto jest ich lokalnym radnym, a od tego trzeba zacząć.

Jak Londyn żegnał się z Unią

Już w grudniu Brytyjczycy mieli próbkę życia po brexicie


Zuzanna Muszyńska

A jak Anglia, B jak brexit, C jak covid – na pierwsze zdecydowali się wiele lat temu, drugie i trzecie przyplątało się po drodze. Zostaną na Wyspach, to ich dom. Joanna, matka Polka, nauczycielka, i Andy, absolwent psychologii i nauk o polityce, menedżer w jednej z sieci kawiarni, opowiadają o ostatnim miesiącu 2020 r., który spędzili w oczekiwaniu na rozwód Londynu z Brukselą oraz na nieuniknione, trzecie z kolei zamknięcie kraju z powodu epidemii koronawirusa.

1 grudnia, wtorek

Aśka: Dziś nareszcie było widać niebo, a nie tę nużącą szarość, do której tubylcy zdążyli już przywyknąć, a ja wciąż nie mogę. Rano aż przystanęłam i gapiłam się w odświeżający błękit. Równo za miesiąc zacznie się nowa era w historii kraju, w którym mieszkam właściwie całe dorosłe życie. Tym razem mama Unia nie tylko pozwoli nam wyjść z domu, od Nowego Roku nie będzie też nas już trzymać za rękę, jak przez ostatnie 11 miesięcy – tak, żebyśmy nie przewrócili się z tej radości wychodzenia.


Andy: Plan na dziś: zaktualizować CV. Przeszliśmy z rąk Kuwejtczyków do Pakistańczyków i trafiliśmy z deszczu pod rynnę. Zarządzanie ludźmi, a przy tym użeranie się z klientami dają mi się we znaki. Po brexitowym referendum atmosfera w kraju zgęstniała, ale dopiero pandemia i kolejny lockdown wywlekły na światło dzienne najgorsze cechy niektórych osób. Na dodatek masowe zwolnienia i upadłości na high street dają firmom takim jak moja zielone światło do nagminnego łamania praw pracowniczych. Zmienianie warunków pracy z dnia na dzień, cięcie godzin, wstrzymywanie wypłat są na porządku dziennym. Niestety, pracownicy niewiele mogą z tym zrobić. Już dawno dzwoniłbym do HR-ów, gdyby nie to, że w tym kraju prawie wszystko jest kwestią best practice (umowne standardy – przyp. red.), a nie prawa.


3 grudnia, czwartek

Andy: Podobno królowej i jej otoczeniu nie spodobał się najnowszy sezon „The Crown”. Diana nawet po śmierci uwodzi Brytyjczyków. Harry z Meghan dali nogę. Andrzej po aferze z Epsteinem zniknął. Czy wciąż otrzymuje 250 tys. funtów rocznie z kiesy brytyjskiego podatnika? Takimi sprawami martwi się królowa. Naród, któremu panuje, najbardziej ucierpiał gospodarczo wskutek pandemii, nie wspominając o największej liczbie ofiar w Europie oraz osuwaniu się w otchłań brexitowego no dealu. Niedługo może nam zacząć brakować jedzenia, na szczęście tylko świeżych warzyw i owoców. Brytyjczycy w panice kupują papier toaletowy. Spokojnie, niech sobie Jej Królewska Mość nie przeszkadza, proszę dalej martwić się Netfliksem, a my, poddani, będziemy jeść ciastka, jak zgłodniejemy.


4 grudnia, piątek

Aśka: Regularnie oglądam wiadomości. Sinusoida nastrojów bywa nie do wytrzymania. Jest szczepionka! Ale trudno ją przechowywać, więc staruszkowie w domach opieki, sorry. Jednak jakoś ją nam dowiozą! Ale i tak nie ma szans na odporność na święta. Studenci po szybkich testach mogą się rozjeżdżać do domów na ferie! Ale testy przepuszczają nawet połowę przypadków i otwarcie domów starców na wizyty rodzin jednak było przedwczesne. I tak dalej. Tymczasem już ponad 60 tys. ofiar pandemii w UK według oficjalnych danych, realnie jeszcze więcej.


5 grudnia, sobota

Andy: Nigel Farage zakłada kolejną partię – Reform UK. Uważa, że Johnson „nie dowiezie” brexitu z prawdziwego zdarzenia. Ma chłop krzepę. Wiele osób wokół mnie twierdzi, że zgodnie z obietnicami brexitowców wyszliśmy z UE i przecież nic takiego się nie stało. Nie mam już sił tłumaczyć im, że jesteśmy w okresie przejściowym i dlatego JESZCZE nic się nie stało. Prawdziwa gównoburza nadejdzie w styczniu. Wtedy, kiedy rzeczywiście znajdziemy się poza Unią. I w środku drugiej fali pandemii.

6 grudnia, niedziela

Aśka: W połowie listopada dzieci przygotowały spis rzeczy, które chciałyby dostać pod choinkę. Sceptyk mógłby dojrzeć podobieństwo do listy życzeń zwolenników brexitu, idealista – skrajny materializm, a ja jako rodzic – przede wszystkim zaskakującą mieszaninę elementów dużych z zupełnie mikrymi, przedstawionymi jako równie ważne postulaty. Dziś próbowałam namówić dzieci do przepisania list życzeń w formie listów do Świętego Mikołaja – z obrazkiem, kopertą itd. Ale starszy zauważył rezolutnie, że na ostatniej kartce, dołączonej do imiennych list, było przecież „Drogi Święty Mikołaju, jeśli nie wysłałeś nam prezentów z listy, wyjaśnij na piśmie, dlaczego”.

7 grudnia, poniedziałek

Andy: Patrzę na to, co robią nasi przedstawiciele, i zastanawiam się, czy to aby jeszcze demokracja? Dziś konserwatywna większość w parlamencie ponownie przegłosowała ustawę pozwalającą Borysowi (Boris Johnson – premier Wielkiej Brytanii – przyp. red.) na złamanie poprzedniej umowy oraz prawa międzynarodowego po tym, jak niewybieralna i nieusuwalna Izba Lordów zdołała wcześniej utrącić tę ustawę. Ja to mam szczęście – urodziłem się w komunistycznym kraju, który przez 30 lat nie potrafił stać się do końca demokratyczny, a do życia wybrałem sobie kraj, w którym wciąż funkcjonuje społeczeństwo klasowe i gdzie rządzą ludzie, nad którymi nikt nie sprawuje kontroli.

8 grudnia, wtorek

Andy: Margaret Keenan została pierwszą osobą na świecie zaszczepioną przeciw covidowi. Z jednej strony jestem dumny, bo dzieje się to w moim kraju i potencjalnie może być punktem zwrotnym w walce z pandemią, która pochłonęła globalnie ponad 1,5 mln żyć ludzkich. Jestem jednak zaniepokojony tym, że BoJo (Boris Johnson), złakniony sukcesów, dramatycznie napuszony, z gębą pełną górnolotnych frazesów, stojący na skraju no-dealowej przepaści postanowił ominąć część procedur, których wymagałaby UE. Co jest ważniejsze – bezpieczna szczepionka czy propaganda sukcesu?

9 grudnia, środa

Aśka: Zaczynam się przyzwyczajać do niezwyczajności tego roku. Na przykład wczoraj i dziś miałam wirtualne wizyty lekarskie. Gdybym rok temu powiedziała, że chcę umówić zooma z konsultantem, odesłaliby mnie do psychiatry – teraz nikt nawet okiem nie mrugnie. Jutro dla odmiany idę osobiście do przychodni. Święto lasu, nareszcie jest po co ładnie się ubrać i umalować. Dziecko na przymusowej samoizolacji tęskni za normalną szkołą, bo na timsach to nie to samo.

12 grudnia, sobota

Andy: Dziś nasza szósta, cukrowa rocznica ślubu. Może i mieszkam w konserwatywnym, najbardziej w Europie dotkniętym przez covid kraju, który właśnie na dobre żegna się z Unią Europejską, ale to ten kraj pozwolił mi wziąć ślub z mężczyzną, którego kocham. To tu jesteśmy takimi samymi obywatelami jak wszyscy inni. I dlatego ten kraj pozostanie moim domem, bez względu na brexit czy covid.

13 grudnia, niedziela

Aśka: Urszula i Borys (Ursula von der Leyen – przewodnicząca Komisji Europejskiej i Boris Johnson – przyp. red.) oświadczyli, że będą ze sobą dalej rozmawiać. No nius nad niusy, któż by się tego spodziewał. Tak serio to chyba wszyscy poza Borysem, który nie tylko fryzurę ma w permanentnym nieładzie. Jest koniec roku, znów trzeba będzie mu wymyślić jakieś dodatkowe zadanie, byle tylko nie narobił wszystkim problemów.

Tymczasem dzieci szykują się na ostatni tydzień przed feriami świątecznymi, a w domu, żeby mieć co sprzątać, bałaganią na potęgę. Hurra.

Andy: Urodziny męża i wiadomość ze Szwecji – mój ojczym jest w szpitalu. Covid. Najprawdopodobniej już z tego nie wyjdzie.

15 grudnia, wtorek

Andy: Obaj wzięliśmy tydzień wolnego, żeby z okazji rocznicy ślubu i urodzin męża spędzić czas razem. Mieliśmy pojechać na naszą ulubioną Gran Canarię i zatrzymać się u znajomego. Już kupiliśmy bilety, niestety covid pokrzyżował nam plany. Wyremontowaliśmy za to mieszkanie. Tomek to prawdziwa złota rączka, położył nową podłogę w kuchni i w łazience oraz odświeżył ściany w łazience i w przedpokoju. Na coś trzeba wydawać pieniądze.

16 grudnia, środa

Aśka: Dziś wielka wyprawa na dwuminutowe spotkanie w centrum. W drodze wypadek w kluczowym punkcie przeprawy przez Tamizę, południe miasta zakorkowane na amen. Wysiadam z autobusu na trzecim pasie, przebiegam drugi i pierwszy, gnam do pociągu, byle się nie spóźnić. Spóźniam się oczywiście, ale dopiero w drodze powrotnej widzę, że wejście do autobusu graniczy z cudem – mimo najostrzejszych restrykcji wszyscy spokojnie robią zakupy.

Dzieci zaraz po wejściu chcą mi się rzucać na szyję. Szkoły zamknięte od wtorku, więc zostały dziś w domu. Fuksiarze. 

17 grudnia, czwartek

Andy: Ojczym zmarł nad ranem. Wieczorem Tomek odebrał informację, że zmarła jego babcia. To będą smutne święta. I z powodu podwójnej żałoby, i dlatego że nie będziemy mogli spotkać się ani z rodziną, ani z naszymi przyjaciółmi.

20 grudnia, niedziela

Aśka: Borys od dłuższego czasu obiecywał poluzowanie restrykcji na święta, zgromadzenia większej liczby grup domowych i inne bożonarodzeniowe cuda (nie mylić z brexitowymi gruszkami na wierzbie). Teraz zmienił zdanie i jednak zamknie nas wszystkich, może nie w paranoidalnej narodowej czymś tam, ale jednak izolacji; gwiazdka będzie skromna, bo ani gości, ani wyjazdów.

Dzieci zaprzeczają, jakoby którekolwiek w liście do Świętego Mikołaja prosiło o wirusa mutanta.

Andy: Nasze hrabstwo tylko przez 24 godziny było w trzeciej strefie obostrzeń. Od dziś jesteśmy w czwartej, najwyższej. Zamknięto wszystkie sklepy, poza sprzedającymi produkty pierwszej potrzeby. Ale przecież żyjemy w Anglii, tu obowiązuje zasada keep calm and carry on (zachowajcie spokój i róbcie swoje), co w praktyce oznacza, że mąż pracuje, ja pracuję. On jako stolarz – bo gospodarka, głupcze!, nie można zatrzymać miliardowych inwestycji w Londynie z powodu jakiejś tam pandemijki, ja w międzynarodowej sieci kawiarni – bo bezkofeinowa sojowa latte z szotem piernikowego syropu jest dla Brytyjczyka jak najbardziej artykułem pierwszej potrzeby.

21 grudnia, poniedziałek

Aśka: Z powodu wirusa mutanta Francuzi zamknęli granicę. W gigantycznych kolejkach utknęli kierowcy tirów pełnych szybko psujących się produktów, m.in. jedzenia na święta. Testy, testy testy; szybka pomoc wolontariuszy, a spóźniona dyplomatów, tania propaganda TVP. A dla nas przede wszystkim próbka życia po brexicie bez umowy.

Dzieci proponują mniejszą liczbę prezentów za mniej porządków. Dziś wszyscy coś negocjują.

23 grudnia, środa

Aśka: Półki z warzywami w lokalnym dyskoncie świeciły wczoraj pustkami. Brak ziemniaków, marchewki, pietruszki, nawet brukselka wykupiona. Dobrze, że jemy takie niszowe dziwactwa jak buraki, ryby i mak, inaczej Brytyjczycy znienawidziliby nas jeszcze bardziej za wyżeranie im indyków i innych porów. Dzieci pytają, czy na jutro możemy zamówić kebab.

24 grudnia, czwartek

Aśka: Dziś o drugiej nad ranem skończyliśmy kłaść podłogę w salonie. Wcześniej odmalowaliśmy kuchnię na święta. Ledwo zdążyłam z gotowaniem nieparzystej liczby dań (12 odpadło w przedbiegach). Okna nieumyte, ale na szczęście tutejsi sąsiedzi bardziej zwracają uwagę na to, czy my też wrzuciliśmy im do skrzynki kartki z życzeniami niż na stan oszklenia naszego mieszkania. Umowa wyjściowa podpisana, nasze prawa zapewnione, kamień z serca. Synowie pytają, dlaczego w porządkach oni musieli wziąć udział, a siostra nie. Cóż, z wiekiem liczonym w tygodniach wiążą się pewne przywileje.

Andy: Obaj jesteśmy ateistami, od ponad dekady żyjemy poza Polską, ale Wigilia musi odbyć się zgodnie z tradycją: barszcz z uszkami, karp, sałatka jarzynowa, ryba po grecku, wszelkiej maści śledzie, krokiety, ryż z sosem grzybowym (to akurat dziwna tradycja ze strony rodziny męża, który pochodzi z Wielkopolski), serniki, makowce, kompot z suszu oraz oczywiście jeszcze więcej barszczu z uszkami. Nie modlimy się, nie łamiemy opłatkiem, ale zapachy i smaki dzieciństwa muszą być obecne, a ja mogę znowu poczuć się jak dziecko, które wszystko może i niczego nie musi. W tym roku trzeba było większość tych smakołyków zamówić w polskim sklepie, bo naprawdę nie miałem sił na ugrzęźnięcie w kuchni. Oprócz tego Borys ogłosił, że osiągnął deal z Unią. No, za to mogę wypić (więcej barszczu)!

28 grudnia, poniedziałek

Andy: Dziś doszedł kalendarz, nasz polonijny Pirelli. Dwunastka wspaniałych, pozujących jak nas matka natura stworzyła, plus tu i tam roślinka pokojowa w roli figowego listka, wszystko pod hasłem „Polonia daje ciała dla polskich kobiet”. Polonia UK oczywiście. Uzbierane datki przekazujemy na OSK (Ogólnopolski Strajk Kobiet – przyp. red.). Przypadł mi w udziale wrzesień. Co we mnie wstąpiło, żeby mimo znacznej nadwagi rozebrać się do rosołu? Do teraz się nad tym głowię. Ale myślę sobie, że prawo polskich kobiet do bezpiecznej aborcji jest ważniejsze.

31 grudnia, czwartek

Aśka: Dosprzątałam dom po świętach i załatwiłam kilka zaległych spraw. Dziś UK wyjdzie z Unii drugą nogą – to smutna wiadomość. Ale nie narzekam – zamykam rok na plusie. Rząd może i schrzanił wydawanie zarządzeń i określanie reguł, ale przynajmniej o jedzenie nie musiałam się martwić, na grypę można było zaszczepić się bez problemu, a wkrótce też na wirusa z królewskim atrybutem w nazwie. Nikogo nam nie ubyło, a przybyła córeczka. Mimo wszystko dla nas to był szalony, ale dobry rok. Dzieci trzymają kciuki za zamknięcie szkół po nowym roku. My jednak mniej…

Andy: Wieczorem widzę się z moimi znajomymi z Polonii na sylwestrowym zoomie, z niektórymi pierwszy raz w życiu, chociaż to wciąż nie to samo, co twarzą w twarz. Godzinę przed północą zakończy się okres przejściowy, ostatecznie wychodzimy z Unii. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego ma być dla nas dobre to, że nie będziemy mieli możliwości swobodnego przemieszczania się po Europie, a tym bardziej osiedlania się w niej, studiów i pracy. Ja, obywatel UE, tych praw nie tracę. Wręcz przeciwnie, mając prawo pobytu w UK i obywatelstwo polskie, mam dostęp do tego, co najlepsze w obu światach. Może tylko roaming będzie mnie więcej kosztował, kiedy wyjadę na wakacje do Europy. Oby to było moje największe zmartwienie w roku 2021…

Tekst ukazał się w Tygodniku Przegląd, nr 4/2021

Marsz na rzecz People’s Vote w Londynie

Screen Shot 2018-09-23 at 17.33.34

W sobotę 20 października weźmiemy udział w londyńskim marszu na rzecz People’s Vote – drugiego referendum. Dołączymy do innych protestujących przeciwko działaniom rządu, głuchego na naukowe argumenty i zmieniającą się opinię brytyjskich podatników.

Z czasem pojawia się coraz więcej dowodów na to, że Brexit to zły pomysł. Nastąpiła ogromna zmiana od “milionów funtów na służbę zdrowia” do rosnących kosztów utrzymania choćby status quo. Razem z mnóstwem innych ludzi, domagamy się drugiego referendum, w którym do wyboru będą realne opcje, a nie obietnice be pokrycia.

Zbieramy się w pobliżu stacji Green Park w południe 20 października (na mapie to miejsce oznaczone znakiem zapytania). Maszerujemy do Parliament Square. Przynosimy flagi i transparenty. Do zobaczenia!

 

On Saturday 20 October we will be marching in London for People’s Vote – a second referendum. We will join others, protesting against the actions of the government, deaf to the scientific arguments and a changing view of the UK tax payers.

As time goes by, more and more evidence that Brexit is a bad idea sees the light of day. There has been a huge shift from “millions of pounds for the NHS” to the increasing cost of maintaining the status quo. Along with so many others, we demand a second referendum, where we choose between facts, not empty promises.

We are gathering near Green Park Station at noon, October 20 (on the map our meeting place has a question mark). We’ll march to Parliament Square. Bring your flags and placards. See you there!

March for EU

On Saturday 23 June we will be marching in London. We’ll join others, voicing their support for a second referendum and those protesting against Brexit altogether.

Meet us at 11.30 near green Park tube station. Make your banners, bring your Polish and European flags, or just turn up and let’s march together towards Parliament Square to deliver our message.

Feel free to share the news on a Polish unit in the march by sharing the link below

https://www.facebook.com/events/238466956927908/

See you there!

One year on

It has been a year since the British parliament refused *again* to unilaterally guarantee EU citizens’ rights, which was, among others, the starting point for this site. Brexit seems more of a mess than ever and the citizens’ rights for Europeans in the UK and the Brits in the EU still have not been guaranteed.

Along with much of the world, we have been closely following the advancing negotiations between the British government and the EU27. There has been progress, however a looming chance of a “no deal” path puts the painstakingly negotiated rights proposal at risk. The government has lost its majority, following a snap election earlier this year, the ministers are regularly seen fighting with each other rather than securing “the best possible deal”, few politicians seem to take into consideration repeated warnings on the serious harm Brexit will cause to the country, stubbornly sticking with the slim referendum majority rather than common sense.

Us, Poles, are in a uniquely disadvantaged position. In the UK we have no guarantees of any rights if we want to stay; the legal process of obtaining proof of permanent residency has been stalled by the sheer number of applications to the Home Office. Right now all we can do is sit and wait. Should we want to go back to Poland, we will be greeted by an even more unstable political situation, potential violations of our human rights and a risk of higher taxes in our first year. To say we are between a rock and a hard place seems an understatement.

Perhaps this is why the seemingly surprising news is that in spite of the Brexit instability, the number of Poles in the UK has risen. Against earlier predictions and many migrants deciding to leave uncertainty behind, there are more of us in the UK than ever before.

 

Further reads: